1. Petite amie

Przeciętny Gryfon z Pokoju Wspólnego do Wielkiej Sali dociera w 20 minut. No chyba że jesteś Huncwotem, wtedy, dzięki wielu tajny przejściom docierasz tam w niecałe 5 minut. Na szczęście był już tydzień po SUM-ach, więc nikt nigdzie się nie śpieszył. Większość z uczniów korzystała ze słonecznej pogody i wylegiwała się nad jeziorem. Zamek opustoszał, chociaż gdzieniegdzie można było zobaczyć grupkę siódmoklasistek z czerwonymi nosami i opuchniętymi oczami, które co jakiś czas wybuchały płaczem.
Nie dziwię im się. To ich ostatnie dni w Hogwarcie, już nigdy tu nie wrócą, wyjadą i wszyscy o nich zapomnimy. Perspektywa życia poza Hogwartem też nie napawała smakiem zachęty. Dobro, zło, siła, porażka, ból, ucieczka, cierpienie, wstyd. To słowa wojny, która toczy się w naszym świecie. Nam na szczęście zostały jeszcze dwa lata na podjęcie decyzji po której ze stron staniemy walczyć. Teraz, dzięki Merlinowi, możemy po prostu leżeć pod drzewem.
-Lilka, słuchasz mnie?
-Co? Nie. – odpowiedziałam Ireli przewracając się na brzuch tak, żebym mogła zobaczyć jej twarz- Co mówiłaś?
-Że Huncwoci chyba tu idą, patrz- kiwnęła głową gdzieś za moimi plecami
Znowu oni, nieokiełznana przez nikogo zgraja czterech gryfonów, na czele z Jamesem Potterem- chłopakiem wysokiego wzrostu o brązowych oczach i dobrym refleksie. Jego najlepszym przyjacielem był Syriusz Black- zdrajca krwi, bożyszcze Gryfonek, Krukonek, Puchonek a nawet kilku Ślizgonek. Co wszystkie w nim widziały? Na pewno urzekła ich opadająca z gracją na oczy grzywka, głębokie oczy. Niewątpliwie był przystojny, umiał się zachować i zawsze wiedział co powiedzieć. Jego mowa ciała umiała omamić, i prawdę powiedziawszy chyba odwalała większą część roboty gdy szedł na jeden z wielu swoich podrywów. Za Potterem i Blackiem maszerował Peter Pettigrew- kompletne beztalencie z Eliksirów i Obrony Przed Czarną Magią, nigdy nie wygrał żadnego pojedynku z Klubu. Był za to dobry z Opieki nad Magicznymi Stworzeniami i Transmutacji. Na jego lekko okrągłej buzi często widać było uśmiech i podziw dla swoich przyjaciół. Obok Glizdogona kroczył blady i zamyślony Lupin, z lekkim uśmiechem na ustach. Był mózgiem operacyjnym większości huncwockich kawałów, był także szantażowany od paru miesięcy przez pewną socjopatkę…
-Witamy piękne panie!- zaczął z daleka Black- Można się przysiąść do naszych drogich koleżanek z domu Wielkiego Godryka?- Komplement, uśmiech, pytanie. Black, czy ty wiesz co robisz czy robisz to nieświadomie…?
-Jasne, czemu miałybyśmy odmówić sławnym Huncwotom- odparła Caitlyn robiąc miejsce obok siebie na kocu.
Gdy tylko usadowili się w cieniu drzewa z rąk Pottera wyleciał znicz. Podlatywał i odlatywał co chwilę, a Rogacz łapał go, zerkając w moją stronę żeby się upewnić czy patrzę. Patrzyłam? Cóż, na pewno obserwowałam znicza- ruch jego skrzydełek poruszających się z niecodzienną prędkością, złotą główkę w której odbijało się letnie słońce. Widziałam też długie palce ścigającego, które co chwilę zaciskały się na zwinnej piłeczce do Quidditcha. Potter. Mimo wszystko o nim myślałam. Bynajmniej nie o jego talencie do miotlarskiej gry, raczej o tym, co ostatnio miało miejsce.
Severus Snape.  Czarodziej któremu wiele zawdzięczałam na początku mojej przygody życia. Chłopak który wprowadził mnie w świat magii, który opowiadał o codziennym życiu czarodziei, które wydawało się być wtedy tak bardzo odmienne. Ślizgonie, który publicznie mnie upokorzył. Severus był przydatny, ale od pewnego czasu zdawał się być kłodą pod nogami. Ciążyło mi jego towarzystwo, zadawał coraz więcej niewygodnych pytań.
Czy więc dzięki Potterowi w końcu się od niego uwolniłam? Mogłabym wyszukać innej wymówki żeby się go pozbyć, ale to wiązałoby się z narażeniem na światło dzienne mojej tajemnicy. Po za tym, z którejkolwiek strony bym nie patrzyła, był pomocny- a ja, Lily Evans, zawsze spłacałam swoje długi. I chociaż tego jeszcze nie spłaciłam, to przynajmniej mogłam się pozbyć jego towarzystwa i…
-Evans!
-Co się drzesz Potter! Leżę obok, przecież doskonale cię słyszę!- powiedziałam patrząc na okularnika
-Oh, nie wątpię w to że mnie słyszysz Evans- odpadł ironicznie- ale od paru minut pytam, czy możesz mi oddać mojego znicza
Znicza? Pomyślałam. Spojrzałam na swoją dłoń. Faktycznie, spoczywał w niej Złoty Znicz, ale zupełnie nie przypominam sobie momentu w którym go złapałam.
-To jest własność szkoły, Potter, nie twój znicz- odparłam.
Rozprostowałam palce, ale złota piłeczka nawet nie drgnęła. Dziwne, znicze są tworzone tak żeby uciekały przy najbliższej możliwej okazji, temu jednak nigdzie się nie spieszyło. Zerknęłam szybko na resztę towarzystwa.  Caitlyn i Irelia w najlepsze żartowały z Syriuszem i Peterem, Remus mnie obserwował a Potter wręcz wgapiał się z moją otwartą dłoń. Zacisnęłam szybko palce na piłeczce i rzuciłam nią w Pottera, ta jednak szybko odleciała w inną stronę. Całość zajęła nie więcej niż 3 sekundy, ale i tak zrobiło się dziwnie.
-Idę do zamku, muszę się jeszcze do końca spakować- powiedziałam i ruszyłam w stronę Hogwartu zabierając wcześniej swoje rzeczy z trawy.
-Poczekaj Lily, pójdę z tobą, bo muszę zapytać Cię o parę zaklęć- Remus zerwał się na nogi gdy zaczęłam odchodzić
-Oj Luniaczku, przecież jutro wracamy do domów, zostaw już tą naukę!- zażartował Peter a reszta znajomych głośno się zaśmiała. Prefekt uśmiechnął się nieznacznie i mruknął, że to nie do szkoły, po czym przyśpieszył kroku i zrównał się ze mną Przez chwilę szliśmy w ciszy, aż w końcu Remus wydusił z siebie:
-Jak się czujesz po… No wiesz.
-Bez zmian, Remusie, bez zmian- odparłam, a po chwili zastanowienia dodałam- Ale nie o tym chciałeś ze mną porozmawiać, prawda?
-Yhm, prawda- przyznał- Chodzi o Jamesa. Wypytywał wczoraj bardzo dokładnie co i z kim robiłem ostatniej nocy. I czemu zawsze biorę mapę gdy znikam po nocach i nic im nie mówię. Myślę, że on się czegoś domyśla.
Potter nie był głupi, mógł coś wywęszyć. Nie spodziewałam się że zaczyna domyślać się prawdy, ale nie potrzebowałam żeby ktoś w okół mnie węszył, nie mogłam ryzykować że ktoś odkryje chociaż rąbek mojego sekretu. Przystanęłam i odwróciłam się w stronę Lupina. Zerknęłam w bok, na znajomych w oddali, niby poprawiając włosy. Potter uważnie nas obserwował, za to reszta dobrze się bawiła nie zwracając na nic uwagi.
-Remusie- zaczęłam z uśmiechem, kładąc dłoń na jego ramieniu pocierając je lekko- Jeśli ten trawożerca coś wyniucha, to może się skończyć bardzo źle, nie sądzisz?- Zapytałam, wsuwając dłoń pod jego ramie i zaczęłam prowadzić go w stronę zamku wiedząc, że Potter wszystko widzi- Już chyba lepiej żeby myślał, że Cię podrywam, prawda?
-Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł Lily… Wiesz, że Jamse cię…
-Nie kończ. Oboje dobrze wiemy, że i tak tego nie pojmę. Idę do dormitorium, dziękuję że mi towarzyszyłeś
***
Cokeworth nie zmieniło się przez cały rok ani odrobinę. Ta sama, mała rzeczka płynęła przez miasto nie grzesząc swą czystością, trawa była pożółkła jak gdyby nigdy nie zmieniała swojego koloru, a uliczni nadal miały swój nieodparty urok, a przynajmniej niektóre z nich.
Lato trwało w najlepsze od dwóch tygodni, podczas których zdążyłam sobie przypomnieć że moja siostra mnie nienawidzi, a rodzice nadal są oczarowani magią i moim światem. Przez te parę dni które przebywałam w domu zdążyłam opowiedzieć im większość rzeczy jaka się działa podczas roku szkolnego, oczywiście pomijając to, że trwa wojna. Rodzice jak zawsze spijali każde słowo z moich ust, niemalże widziałam jak wszystko dokładnie zapisują w swoich głowach bojąc się że czegoś zapomną.
Tak mijały nam wakacje. Za dnia każdy żył swoim życiem, rodzice chodzili do pracy, Petunia wychodziła do swojego chłopaka, a ja krzątałam się z kąta w kąt, nie chcąc wyjść z domu- a raczej, nie chcąc spotkać Severusa. Kilka razy widziałam go pod swoim domem, jednak nigdy nie otworzyłam mu drzwi. Może dlatego że była noc…? Cóż, w każdym razie, wieczory spędzałam z rodzicami w salonie. Oglądaliśmy telewizję, jedliśmy kolację, rozmawialiśmy. Zjedliśmy większość słodyczy które przywiozłam z Miodowego Królestwa. Parę razy słyszałam, jak Petunia zakrada się w nocy do kuchni, i, mimo okazywanej pogardy i niechęci do wszystkiego co z magią związane, podjada Cukrowe Pióra i Lukrowe Różdżki.
Z rodzicami było dziwnie. Z jednej strony nie mogłam ich kochać tak jak oni mnie, z drugiej czułam się w obowiązku chronić ich bez wyraźnej potrzeby. W głębi duszy wiedziałam, że zawdzięczam im wszystko, ale też posądzałam ich o stan w jakim się znalazłam. Wiedziałam że kochają mnie i Petunię, i zginęli by żeby tylko nas obronić. To byłby jednak dług, którego nie miałabym jak spłacić, a to by było dla mnie za dużo…
-Witam moje kobietki- powiedział ojciec wchodząc do kuchni podczas obiadu. Najwyraźniej dzisiaj skończył wcześniej pracę.
-Co tak wcześnie dzisiaj, kochanie?- powitała go moja mama całując w policzek, patrząc jednak na patelnię gdzie robiła mięso.
-Wziąłem parę dni urlopu- powiedział podchodząc do mnie i do Petuni- I tak sobie myślę, że moglibyśmy gdzieś pojechać całą rodziną- dokończył całując nas w głowy na powitanie.
Czasami zastanawiam się, czy rodzice cały rok się tak kochają, czy tylko gdy ja wracam do domu. To było dla mnie takie nierealne, że można czuć coś tak mocnego do drugiej osoby, że przeważnie szukałam w tym jakichś wymówek, luk, które mogłabym wypełnić swoimi domysłami.
-Wakacje? A gdzie niby mielibyśmy jechać?- zapytała z uśmiechem Mary
-Znajomy z pracy, Devon, wiesz, ten o którym ci opowiadałem… No, to właśnie ten Devon był z rodziną nieopodal Great Hangleton. Ponoć świetna miejscówka do rodzinnego świętowania!- widać, mój ojciec nieźle się nakręcił na ten cały wyjazd
-A co będziemy świętować, tato?- spytała Petunia
-Jak to co, Petunio? Twoja siostra przyjechała do domu po kilku miesiącach, pomyślałem że moglibyśmy gdzieś pojechać. I zanim się znowu uniesiesz- dodał gdy Petunia już otwierała buzię- Przemyślałem sprawę, i doszedłem do wniosku że możesz zabrać ze sobą Vernona.
-Skoro tak… To zadzwonię, i zapytam co on na to
-Świetnie! A ja zadzwonię zarezerwować nam pokoje. O której będzie obiad Mary?
-Za jakieś 20 minut, nie zapomnij umyć rąk!
W kuchni zostałam sama z mamą. Jednak moje myśli krążyły już w koło Great Hangleton. Czarodzieje unikali tego miejsca, jednak ojciec nie planował jechać dokładnie tam, więc..
-Lily, czy ty masz kogoś? No wiesz, chłopaka- wyparowała nagle mama przerywając moje rozmyślania.
Prawie się udławiłam sokiem, który właśnie piłam.
-Chłopaka? Ja? Nie, na Merlina! Skąd to pytanie?
-Oh, skarbie, po prostu masz spostrzegawczą matkę. Może trochę starą, ale nadal spostrzegawczą. W tym roku przylatuje do ciebie sowa której wcześniej nie widziałam, i tak po prostu…
-Tak po prostu stwierdziłaś że to chłopak? Nie przyszło ci na myśl, że Caitlyn lub Irelia po prostu zmieniły sowę?- zapytałam unosząc brew. W duszy jednak cieszyłam się, że mam tak spostrzegawczą mamę.
-Właściwie to nie, nie pomyślałam nad tym- przyznała odwracając wzrok na patelnię i przekręcając mięso- No, ale skoro…
-… Nie, mamo. Miałaś rację, to sowa od chłopaka,z tym że nie mojego. To kolega z roku, Remus Lupin. Opowiadałam Ci o nim, pamiętasz?
-Ah, prefekt, tak? –przytaknęłam a ona kontynuowała, chociaż nawet tego nie widziała- Wiesz, Lilijko, cieszę się, że masz takich mądrych przyjaciół.
Przyjaciół…
-Tak, ja też się cieszę że mam takich znajomych…
* * *
-Pisz do nas, Lily! I nie zapomnij, że widzimy się w Dziurawym Kotle pod koniec wakacji!
-Do mnie też pisz! Przynajmniej raz w tygodniu!
Dziewczyny instruowały mnie od paru minut. Stałyśmy na dworcu Kings Cross w Londynie, na dworcu numer 9 i 3/4. Tłumy uczniów witały się z rodzicami, skrzeki sów w klatkach wypełniały pustą przestrzeń pomiędzy śmiechem i wybuchami płaczu. Kilka uczniów którzy dopiero co skończyli pierwszy rok nauki w Hogwarcie nadal szukało rodziców. Na tle tego całego rumoru widniał pociąg z czerwono-czarną lokomotywą, która wypuszczała z siebie ostatnie kłęby dymu. Te szczęśliwe momenty były niszczone tylko jednym widokiem- aurorów, patrolujących dworzec, którzy przypominali o tym, że w świecie magii nie jest już bezpiecznie.
-Będę odpisywała tak często jak to tylko możliwe, obiecuję. A teraz spadajcie obie, wasi rodzice już pewnie czekają- powiedziałam przytulając je po raz ostatni.
-Jeszcze zatęsknisz Rudzielcu!
-Pozdrów rodziców!
-I Petunię też!- przekrzykiwały się, porwane przez tłum który pchał je w stronę wyjścia.
Uśmiechnęłam się pod nosem i i łapiąc za rączkę kufra pociągnęłam go za sobą w głąb tłumu. Musiałam znaleźć rodzinę Lupinów nim znikną w Cradiff, stolicy Walii. Nie sądziłam że zawitam w tamte strony tego lata, więc wolałam załatwić to póki jeszcze mogłam. Z daleka zauważyłam gryfona który ożywiony tłumaczył coś rodzicom, więc zaczęłam przepychać się w ich stronę.
Może i nie miałam uczuć, ale coś mówiło mi że dobrze robię.
-Dzień dobry państwo Lupin!- powiedziałam do rodziców Remusa, którzy byli lekko zdziwieni, w końcu widzą mnie pierwszy raz- Nazywam się Lily Evans, jestem koleżanką Remusa z roku. Mają państwo coś przeciwko żebym porwała go na chwilę? Chcę się tylko pożegnać
-Miło cię poznać, Lily. Jestem Hope, mama Remusa- powiedziała niska blondynka po której chłopak zdecydowanie odziedziczył nos i kolor włosów.
Wiem chciałam powiedzieć, ale w porę ugryzłam się w język i tylko się uśmiechnęłam odciągając zdziwionego Lunatyka na bok.
-Nie panikuj, Lupin, przyszłam się pożegnać- powiedziałam puszczając jego ramię- Mam coś dla ciebie, w nocy skończyły się ważyć- wcisnęłam mu w ręce małą paczkę którą wyciągnęłam z kufra.
-C-co to?- zapytał jeszcze bardziej zdziwiony.
-A profesorowie mówią, że jesteś taki mądry i domyślny… Cóż, Remusie Lupin, to na twój, jak to Potter mówi? A, na twój futerkowy problem. Nie chciałabym tego upuścić na twoim miejscu, to cenne eliksiry, nie znajdziesz ich nigdzie. Pomogą Ci, skoro nie będzie z tobą reszty Huncwotów.
Niespodziewanie zostałam przez niego objęta. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Wytrąciło mnie to z równowagi, więc dopiero po dłuższej chwili również go objęłam, z tym że nieco bardziej nieporadniej niż on mnie.  Był wysoki, i bardziej zbudowany niż mogłabym się spodziewać.
-Dziękuję, Lily. Nawet nie masz pojęcia ile to dla mnie znaczy- powiedział cicho gdzieś w okolicach mojego ucha.
-Domyślam się. Może i nie mam… No wiesz, ale mam rozum, i domyślam się co przechodzisz ty i twoja rodzina. Możesz to potraktować jako podziękowanie za pomoc.- Powiedziałam odsuwając się od niego i zostawiając go sam na sam z rodziną. Pomachałam jego mamie która uśmiechnęła się niepewnie i ruszyłam w kierunku barierce oddzielającej mnie od świata mugoli. Z daleka usłyszałam jeszcze jak jego ojciec pyta:
-Czy to twoja dziewczyna Remusie? Bardzo miła czarodziejka
-Nie, tato. To moja przyjaciółka.

0. Epilogue

Korytarze Hogwartu dla zwykłego ucznia mogły wydawać się upiorne.Wysokie ściany, ozdobione w gobeliny, obrazy które teraz spały, okna przepuszczające światło księżyca- to wszystko nadawało Szkole Magii i Czarodziejstwa osobliwą aurę. Kamienne posadzki, wytarte przez tysiące butów młodych czarodziejów niosły za dnia echo w głąb zamku. Cisza i ciemność które panowały w tym momencie, przerywane tylko przez jedną osobę, oznaczały że jest już cisza nocna.
Remus Lupin, Gryfon piątego roku przemierzał Hogwart szybkim, gibkim krokiem. Przed sobą trzymał zwitek grubego pergaminu, i zaświeconą różdżkę. Mapa Hogwartu, lub też Mapa Huncwotów, była jednym z najlepszych pomysłów na jakie kiedykolwiek wpadli. Pokazywała nie tylko sale, klasy, pokoje profesorów, łazienki, korytarze, dormitoria, ale przede wszystkim pokazywała ludzi, a jeszcze dokładniej, kto z kim i gdzie się znajdował- zawsze i wszędzie. I nigdy się nie myliła. Nie mogła, w końcu spędzili nad nią tak dużo czasu.
Znowu był spóźniony, i to nie była randka, partol czy spotkanie prefektów. Nienawidził gdy ktoś się spóźniał, i sam nienawidził się spóźniać, ale przede wszystkim wiedział że ona nienawidzi tego jeszcze bardziej. Mimowolnie przyspieszył kroku gdy minął Izbę Pamięci na 3 piętrze i skręcił w lewo, w stronę gdzie zaczynały się kręcone schody. Nie wszedł jednak na nie. Schował Mapę do kieszeni spodni i zgasił różdżkę. Przykucnął metr od ściany i zaczął wystukiwać różdżką kod z poszczególnych kamieni. Gdy skończył schody odskoczyły z łoskotem w bok ukazując wąskie przejście które zamknęło się gdy tylko gryfon przekroczył progi pomieszczenia.
***
Siedziałam na ziemi przed mosiężnym kociołkiem. Odetchnęłam głęboko wdychając śmierdzące opary wydobywające się z eliksiru. Był już prawie gotowy, brakowało tylko jednej rzeczy, którą musiała dodać w przeciągu godziny- inaczej eliksir nadawał się do wylania w łazience Jęczącej Marty.
Nienawidziłam kiedy się spóźniał. Wiedziałam że zbliża się pełnia, więc Lupin nie miał tyle sił co zwykle, jednak myśl spóźnienia się przez niego ponownie napawała mnie… Niczym.
-Już jestem- powiedział chłopak przechodząc przez szparę w ścianie.- Wybacz, Slughorn kłócił się z Filchem, nie miałem jak…
-Kłamiesz- powiedziałam mrużąc oczy.- Ale to nie jest istotne, czyż nie? Masz to?
Widziałam jak Lupin sięga do kieszeni drżącą dłonią i podaje mi mały słoiczek. Liście Lepidodendrona- ostatni składnik mojego eliksiru, który waży się nieprzerwanie od półtora miesiąca. Uniosłam się na kolana i wyrwałam mu słoiczek z rąk. Usiadłam po turecku, odkręcając ręcznie słoik- nie można było używać magii przy Lepidodendronie , był tak niezwykłą, rzadką rośliną że nie mógł mieć styczności z magią, póki nie wpadł do wywaru. Rzadka roślina która mogła mnie uleczyć.
-Wiesz, że jeśli Slughorn się zorientuje, to będzie bardzo, bardzo źle? To jest…
-…Lepidodendron, Remusie. Dobrze wiem, co dodaję do SWOJEGO eliksiru.- powiedziałam patrząc na niego.
-Wiem że wiesz co to jest, Lily. Chodzi mi o to że…- zaczął chłopak
-Skończ Lupin. Dobrze wiem o co ci chodzi, i uwierz mi że jeśli się wyda to ty będziesz najmniej podejrzanym osobnikiem. A teraz, proszę cię, zamilcz- powiedziałam i zabrałam się do pracy.
Delikatnie wyciągnęłam suchy liść i umieściłam go na wadze. Potrzebowałam dokładnie 4,62 funta liści. Ostrożnie odważyłam potrzebną ilość i wrzuciłam je do szarej mazi w kotle. Wywar zaczął bulgotać, opary stały się duszące i w którkiej chwili zdążyły wypełnić większość pomieszczenia. Eliksir zaczął się kurczyć, wydając przy tym cichy pisk. Zmienił kolor z szarego na jasną zieleń, wręcz jaskrawą zieleń. Gdy w kociołku przestały zachodzić wszelkie zmiany sięgnęłam po księgę. Sprawdzałam dokładnie krok po kroku czy wszystko przebiegło tak jak powinno. Czy najdrobniejsza zmiana zaszła w odpowiednim czasie. Byłam dokładna, wręcz pedantyczna, ale musiałam mieć pewność że wszystko poszło zgodnie z planem. Miałam za wiele do zyskania żeby pozwolić sobie na błędy.
Przelałam wszystko do małej fiolki i spojrzałam na Remusa. Był dobrym gryfonem. Możliwe, że był nawet dobrym przyjacielem- ale póki byłam taka jaka byłam, nie mogłam się o tym przekonać. Tymczasem on z nieufnością patrzył na trzymaną przeze mnie fiolkę. Widziałam jak się boi, jak jego oczy zachodzą czymś co zapewne nazywało się niepewnością.
-Popatrz na mnie- powiedziałam, a gdy to uczynił kontynuowałam- Pamiętasz zasady, prawda Lupin? Jeśli coś pójdzie niezgodnie z tym, jak tego oczekujemy nie wzywasz pomocy, nie zanosisz mnie do Skrzydła Szpitalnego. Pamiętasz zaklęcia o których Ci mówiłam? Dobrze. Powtórz je wszystkie.
-Sanacor Immortui, Rinain Corpore- powiedział nerwowo obracając różdżkę
-I?
-Lily, proszę. Wiesz, że nie mógłbym tego na Tobie użyć.
-Avada Kedavra, Lupin. I lepiej nie spudłuj. Dobrze wiemy że igramy z magią o której znaczna większość czarodziei i czarownic nie mają pojęcia że istnieje. Nie możemy przewidzieć co się stanie. Więc, na litość boską, używaj wszystkiego o czym ci mówię. Nawet zaklęcia niewybaczalnego.
Nie miałam czasu na jego odpowiedź. Wiedziałam jaka ona będzie, więc nie mogłam dać mu szansy na próbę debaty. „Na zdrowie!” Pomyślałam i przechyliłam fiolkę. Wypiłam do dna, do ostatniej kropli, jak gdyby porcja była za mała i miała mi nie wystarczyć. Patrzyłam na pustą fiolkę, na swoje dłonie i czekałam aż coś się wydarzy. Niekontrolowane drgania, zmiana koloru skóry, wysypka- cokolwiek. Ale nic takiego się nie działo. Już miałam spojrzeć na Lupina i powiedzieć że skończyliśmy na dzisiaj kiedy nagle moje ciało przeszedł ból.
Fiolka rozbiła się na drobne kawałki. Upadłam na kolana i skuliłam się targana bólem. Bolały mnie żyły, bolały mnie kości i każdy mięsień ze ścięgnem. Czułam swój przyśpieszony puls, jak serce uderza o klatkę piersiową i wręcz błaga żeby je stamtąd wydostać. Paliło żywym ogniem, przez co w pierwszych sekundach pozwoliłam sobie na krzyk. Szybko się jednak zreflektowałam widząc że gryfon wyciąga w moją stronę różdżkę. Wystawiłam rękę żeby się wstrzymał i zacisnęłam zęby. Znosiłam gorsze bóle od tego, a najgorszym bólem był fakt, że czułam tylko ból fizyczny.
Nie wiem ile tam klęczałam, z zamkniętymi oczami, ale gdy poczułam szarpnięcie w okolicach karku ból natychmiast opuścił moje ciało. Wzięłam głęboki oddech i uniosłam głowę. Otworzyłam oczy, i zobaczyłam Remusa Lupina opierającego się o ścianę i trzymającego się za włosy. Patrzył na mnie z bólem, i jakby z czymś na podobiznę współczucia i obłędu. Usiadłam na zimnej posadce i wpatrywałam się przez chwilę w Lupina.
-Jak długo?- zadałam pytanie
-Niecałą godzinę. Krzyczałaś… To znaczy coś w tobie krzyczało, tak strasznie krzyczało, Lily, a ja nie mogłem… Nie mogłem ci pomóc…- Powiedział osowiale.
-Remus, zrobiłeś wszystko tak, jak należało. Zawsze robisz to, co należy robić.- Odparłam
-Nie wiem czy dam radę, nie wiem czy potrafię dłużej to robić, Lily…- Zaczął, ale wolałam to skończyć. Przerabialiśmy to już tyle razy, a on nadal nie rozumiał.
-Nie wiem czy dam radę? Czy potrafię? Lupin, chciałabym ci tylko przypomnieć, że nie robisz tego dobrowolnie.- syknęłam cicho.
Widziałam jak przez jego ciało przebiega dreszcz strachu, może czegoś więcej. I dobrze wiedział że nie żartowałam. Wszystko co mówiłam mogłam wcielić w życie, nawet najgorsze rzeczy. Mogłam wydać jego sekret, mogłam powiedzieć to wszystkim, i szczerze powiedziawszy, nie miałabym po tym wyrzutów sumienia.
-Wiem, nie musisz mi o tym przypominać. Ale to ciężkie patrzeć co się z tobą dzieje i nie móc ci pomóc. Nie mogę udawać w dzień że wszystko jest w porządku, że nic się z tobą nie dzieje. Po prostu, Lily, to ciężkie wszystkich dookoła okłamywać. Odkąd wiem…
-Czy ty się słyszysz, Remusie Lupinie? Tobie jest ciężko patrzeć na to co mi się dzieje? Tobie jest ciężko wszystkich okłamywać? Czy muszę Ci mówić, co ja przeżywam odkąd zaczęłam chodzić? Odkąd się urodziłam? Czy ty w ogóle rozumiesz czemu przez to przechodzę?! Chcę być jak ty, Lupin. Jak ty, Potter, Meadowes, Black, Dumbledore czy nawet Filcha! Ale nie mogę. I dlatego tutaj się spotykamy.- Powiedziałam
-Przepraszam Lily, ja…- zmieszał się chłopak.
-Możesz już iść Remusie- Przerwałam mu, wstając i otwierając różdżką drzwi. –W końcu to nie twoja wina, że urodziłam się bez uczuć.